25 października 2011

ZAMEK GRODZIEC

W niedzielę wyruszyliśmy na kolejna wędrówkę. Słoneczko zaświeciło, pogoda się wyklarowała ...więc w drogę.
Nic  bardziej zdradnego jak jesienna pogoda, już u podnóża wulkanu powitała nas mgła i lodowaty wiatr. Szczytu nie było widać...a ja ubrana  w lekki strój.... bez czapki, rękawiczek. Zmarzliśmy z Ludwikiem okrutnie, ale pobyt na zamku wynagrodził wszelkie niedogodności.
Droga na górę wiodła poprzez złocisty dywan liści

Sam zamek to perełka architektury choć jest jeszcze dużo do odrestaurowania,
Mosia nam dzielnie towarzyszyła, bała sie tylko ciemnych i wąskich korytarzy, przemykała wtedy szybko świecąc tylko ślepiami

weszła też na wysokie krużganki i na wieżę...ale pod koniec zwiedzania miała już dosyć schodów ...
W buduarze zamkowym mój małżonek  zaskoczył nas tym zdjęciem.....

Scenka jak z filmu kostiumowego, tylko kostiumów z epoki nam brak....

na górze wiało niemiłosiernie, na nic zdał się kaptur.... było zimno i tyle....
Wracając do domu Ludwik zrobił jeszcze zdjęcia starej chaty, szkoda że takie piękne obiekty niszczeją, już oczami wyobraźni widziałam krzątającą się wokół obejścia gospodynię, siedzącego na przyzbie dziadka....





http://www.grodziec.com/

a to link do strony zamku, ...

3 komentarze:

  1. Zapisałam sobie ten zamek - jako ciekawe miejsce do zobaczenia. Zdjęcie w buduarze :-). Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Wpisalam blog do obserwowanych, podobne mamy zainteresowania i ja lubie takie uczace wedrowki, poza tym zachwycila mnie Wasza historia..pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  3. Co tam zimno, wiatr itd...pasja nade wszystko!
    Ciekawe miejsce...może kiedyś i ja tam ze swoją "ekipą" zawitam :)

    OdpowiedzUsuń