 |
| Z NETU |
po lewej stronie dom z czerwonym dachem to nasze późniejsze mieszkanie, po prawej duży żółty budynek to pierwsze mieszkanie moich rodziców
„Obyś żył w ciekawych czasach” – starożytna chińska klątwa wciąż działa.
Żyłam i żyję w bardzo ciekawych czasach, choć czasem mam już dość tych ciekawości....
Jak sięgnę pamięcią wstecz do lat dzieciństwa, przed oczami pojawiają mi się obrazy, jedne dość wyraźne, inne fragmentaryczne. Spróbowałam poukładać je sobie od momentu kiedy sięgałam pamięcią wstecz.
Rok 1951-52 ..mieszkam z rodzicami na trzecim piętrze starej kamienicy, w jednym pokoju i maleńkim przedpokoju , w którym stoi dwupalnikowa kuchenka gazowa. Ubikacja jest na półpiętrze. Widok tego pokoju zasnuwa mgła, ale pamiętam moment , kiedy wyrzuciłam przez okno swój bucik....
pewnie mama miała kłopot, bo musiała wraz ze mną zejść z tego trzeciego piętra na ulicę i go odnaleźć. pamiętam również budynek naprzeciwko, jednopiętrowy i cztery okna, - w jednym z tych okien stała piękna młoda kobieta z warkoczem przerzuconym przez plecy i machała do mnie ręką....
To mieszkanie stało się wkrótce naszym mieszkaniem, tam już urodził się mój brat. Nie było to cudo - kuchnia do której wchodziło się bezpośrednio z korytarza i dwa pokoje w amfiladzie. Woda na korytarzu, jeden zlew dla 4 rodzin i jedna ubikacja na półpiętrze... Tam przeżyłam ponad 20 lat....
Ale wracając do wspomnień - roku 1953 nie pamiętam, natomiast rok 1956 utrwalił mi się w pamięci. Jeden z obrazów - stoję z mamą w kościele, przy bocznym ołtarzu , w niesamowitym tłumie, a kościół jest olbrzymi, a ja malutka / bo taka byłam/ w płaszczyku uszytym ręcznie przez mamę z przerobionej jakiejś jesionki, / wiem że to była jodełka, i w jakiejś czapinie pewnie na głowie / , sięgam mamie do pasa, ludzie stoją ściśnięci , a ja nie mam czym oddychać, tłum faluje i śpiewa.... bałam się wtedy niesamowicie.... i ten strach przed tłumem pozostał do dnia dzisiejszego. Nie wiem jaka to była uroczystość ale biorąc pod uwagę rok i porę roku to pewnie z okazji wydarzeń październikowych.
Drugie wydarzenie wiąże się z wyjazdem mamy sąsiadki z poprzedniego mieszkania ...pani Jadwigi....do Izraela.
Poszłam z mamą do ich pustego już mieszkania, byli spakowani i sprzedawali jeszcze to co mogli. Moja mama kupiła wtedy od nich maszynę do szycia Singer - jeszcze z czółenkiem a nie bębenkiem, i dużą , skórzaną torbę, taką jak nosiły kiedyś akuszerki. Torba była duża, piękna ale strasznie ciężka, służyła nam potem przez wiele lat. Pani Jadwiga miała dwie córki starsze ode mnie Sabinę i Hesię, dziewczynki miały piękny wózek dla lalek oraz cudowna lalkę do tego wózka, oczy mi się świeciły na sam widok tak cudownej zabawki, bo ja miałam tylko lalkę szmaciankę, ale mama mi tego wózka nie kupiła, pewnie nie miała pieniędzy , a o podarowaniu mi tej zabawki nie było mowy.
Później była szkoła podstawowa, nauka religii odbywała się w w klasach .... ale niedługo o trwało, wkrótce przeniesiono lekcje religii do małego kościółka obok szkoły no a w roku 1961 całkowicie wyprowadzono ją ze szkół.
Pamiętam informację o zastrzeleniu Kennediego, byłam wtedy u sąsiadów , z których córką chodziłam do szkoły, ja byłam już wyszykowana, Halince mama szykowała jeszcze śniadanie, pod oknem na stoliku stało radio....i wtedy usłyszeliśmy tę informację.... Ja chyba za bardzo się nie przejęłam, natomiast rodzice Halinki zamarli....
Później było jeszcze słynne orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich...przebaczamy i prosimy o wybaczenie. Wrzało wtedy w całej szkole, ale praktycznie nikt nam wtedy nic nie wytłumaczył.
Po skończeniu podstawówki za naciskiem rodziców poszłam do technikum ekonomicznego. Mnie marzyło się liceum i później studia, ale wtedy dzieci były chyba bardziej posłuszne rodzicom. Tak zaczęła się moja edukacja w tej szkole, w przepisowym granatowym płaszczyku , przyszytą do rękawa tarczą i niebieską chusteczką na głowie / była z zerówki - jak ktoś wie co to znaczy/
Miałyśmy mundurki, każda klasa w innym kolorze, spódniczki za kolana, nie było mowy o spodniach. Tylko jedna moja koleżanka dostała osobista zgodę dyrektora szkoły na noszenie spodni - no ale ona mieszkała na kolonii i do PKS-u jak się to mówiło miała chyba ze dwa kilometry .a z dworca do szkoły kilka przystanków trolejbusowych.
Nadszedł rok 1968 - już wtedy rozumieliśmy co nieco, kiedy z mojej klasy kolega Szagrin musiał opuścić Polskę i wyjechać do Izraela. Nie pamiętam kim byli jego rodzice, ale ta sytuacja była dla nas trudna.
Polityka się nie zajmowaliśmy , jak to mawia pan Iwaszkiewicz z VIVY .... była obok nas, co jednak nie przeszkadzało nam bawić się na prywatkach, zbierać pocztówki dźwiękowe, stroić się na dzieci kwiaty.....protestować przeciwko wojnie w Wietnamie
Miałam wtedy taka grupę przyjaciół w Dusznikach Zdroju, A. i Z. synów lekarza naczelnego uzdrowiska oraz grono kolegów. Korzystałam więc z wyjazdów , gdzie wspólnie słuchaliśmy festiwalu w Woodstok, Jimi Hendrixa czy Joan Baez, mieliśmy dostęp do narkotyków, i wszelkich używek, ale wszystko było stosowane w normie. Jeździliśmy do Zieleńca, Lasówki.. Wszyscy wyrośliśmy na normalnych i chyba porządnych ludzi.
Duszniki Zdrój to przede wszystkim dla mnie - Festiwal Chopinowski, jeździłam na każdy możliwy koncert, a najbardziej urokliwe były te grane w Dworku, kiedy siedziało się na wolnym powietrzu, a poprzez otwarte drzwi i nagłośnienie płynęła o zmroku ta cudowna, jedyna muzyka.
Rok 1968 to także wyjazd z klasą przedmaturalna do Częstochowy, tam poznałam swojego kochanego Ojca Józefa Jaskółowskiego, Sekretarza Generalnego Zakonu Paulinów. Nie wiem jak to się stało, że szacowny, siwy Ojciec pozwolił na tak bliskie zaprzyjaźnienie z małolatą..... odwiedzałam Ojca w Klasztorze jasnogórskim , prowadziliśmy / ha ha to ojciec prowadził ze mną/ rozmowy o wszystkim, o życiu, wierze, to wtedy własnie "wróciłam" na łono Kościoła, , dużo wtedy z tych rozmów trafiło do mnie i pozostało w moim sercu do dzisiaj.
No a szczytem wszystkiego był przyjazd Ojca do Wałbrzycha, - w walizce miał zapakowany biały pauliński habit, i to Ojciec udzielił nam ślubu kościelnego. Było to szokiem dla całej naszej rodziny, bo nikt nie wierzył, że tak szacowna osoba pojawi się na "prośbę" młodej. A jednak. Stało się.