Wróciłam właśnie ze szpitala, dzis jest 13.... i choc ten dzień nigdy nie był dla mnie pechowy dzisiejszy dzień zapamiętam do końca życia,
o mały włos straciłabym Ludwika.....
Lutek jest uczulony na jad pszczeli, dzis poszedł kosić trawę w ogrodzie i jakaś małpa uządliła go w podbródek.
Przybiegł szybko do domu wołając o przyssawkę aby wyciągnąć jad... niestety trzeba ją było szukać a była w plecaku w samochodzie.... a tutaj każda sekunda się liczy.... próbowałam odessać ale Lutek juz zaczynał odpływać , zdążył tylko powiedzieć abym zrobiła mu zastrzyk.... wstrzyknęłam adrenalinę i zadzwoniłam po pogotowie.... szybko pobiegłam na drogę aby na nie czekać, bo niestety dom stoi tak ,że nie widać numeru...nie jechało wiec biegiem do domu, Lutek już był nieprzytomny więc ponownie dzwoniłam na pogotowie ... i na drogę....
na szczęście za chwilę usłyszałam sygnał erki....
ratownicy szybko wbiegli do domu, założyli wenflon i podali leki..... Ludwik tylko na chwilę otworzył oczy , więc lekarz zadecydował ,że jadą do szpitala. Niestety musieli Lutka zanieść bo sam nie dał rady.... w karetce podłączono jeszcze kroplówkę i odjechali...
Zostałam sama w domu.... szok.... czegoś takiego nie przezywałam od czasu kiedy po córkę przyjeżdźała erka....koszmarne wspomnienia....
no cóż, musiałam działać, poszukałam numeru do siostry ale nikt nie odbierał , więc przez Piotra ze Ś.-c prosiłam o kontakt .... udało się i przyjechał po mnie siostrzeniec Lutka, spakowałam ubranie , wodę i pojechaliśmy do szpitala.
Lutek leżał juz na OIOMie....podłączony do aparatury, blady, ze spuchniętym policzkiem, przykryty kocami bo co chwilę wstrząsały nim dreszcze.... horror.... bałam się o jego życie....
Uświadomiłam sobie jakie jest kruche.... chwila, moment i nie ma człowieka....nawet nie chcę mysleć co by było....Siedziałam przy łóżku na krzesełku.... jak przed laty ...deja vu....przy G....
Leki powoli zaczynały działać, Lutek nawet zażartował.... napędziłem ci stracha co?
Nooo ładne żarty,
Trzymałam go za rękę, i modliłam się do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy.... mojej Mateczki która mnie zawsze wysłucha i pomoże.....o to aby już wszystko się unormowało.....aby wrócił do zdrowia....
za chwilę przyszła pielęgniarka i powiedziała że zamykają szpital więc muszę już iśc do domu, no ładnie. a ja mam do domu daleko i jestem bez transportu....
Lucio jednak pomyslał o tym, podzwonił po swoich kolegach ... i poprosił Zbyszka aby mnie odwiózł do domu....Siedze teraz sama, za oknem burza, netu brak.... nawet nie chce mi się iśc na górę...
Od trzech miesięcy po raz pierwszy będę spać sama.... i nie chcę tego stanu ponownie przeżywać....
Myslę o nas..... jak Ludwik wyjdzie ze szpitala musimy podjąć decycję..... uważam że powinnismy wziąć ślub.... bo tak .. to kim jestem ? obcą osobą, którą można wyprosić ze szpitala, od łóżka chorego ?.... a kto bedzie się opiekował Lutkiem kiedy nie daj Boże coś się wydarzy ? Albo i mną? bo przecież też nie mam 20 lat....Musimy szczerze porozmawiać, i chyba to ja poproszę go o rękę.... mówiąć trochę żartobliwie....widzę zagrożenia a chciałabym uniknąć kłopotów na przyszłość. Zobaczymy co powie na to Ludwik....
Jest już rano, noc koszmarna, nieprzespana...był czas na przemyslenia..... kiedy sobie pomyslę że mogłam stracić najukochańszą osobę....żołądek ze strachu podchodzi mi do gardła...
chyba los nie byłby tak okrutny i nie zabrałby mi mi tego , co otrzymałam niespełna 6 miesięcy temu....
Dom pusty, pies tylko patrzy swoimi mądrymi oczyma i też ma w nich smutek.....
Rozmawiałam dzis rano z Lutkiem, być może wypuszczą go juz do domu, więc czekam na telefon....
Rozmawiałam dzis rano z Lutkiem, być może wypuszczą go juz do domu, więc czekam na telefon....
Bardzo mi go brakuje i nie wyobrażam sobie abym zostawała sama w domu. nawet na jeden dzień.... Teraz zupełnie inaczej patrzę na samotność, kiedy wiem jak wspaniale jest żyć razem...
Net po wczorajszej burzy też nie działa.... piszę do notatnika, na gorąco ..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz