W ubiegłym roku na Wszystkich Świętych spotkał Ludwik na cmentarzu w R. swojego szkolnego kolegę, trochę porozmawiali powspominali jak to razem chodzili na zabawy
i w drodze powrotnej Lutek zaczął mi opowiadać jak to z tymi zabawami było....
wiadomo młodzież z jednej wsi idąc na zabawę do drugiej wsi trzymała się razem, bo bijatyki były na porządku dziennym.
Kolega Janek miał jeszcze trzech braci więc wszyscy wychodzili az domu razem , jako , że bracia byli w podobnym wieku.
Zabawa jak zabawa, tańce, hulanki, popalanki, wypitka, podryw.... było to wszystko.....
ale do domu to już się wracało różnie, w zależności, czy się poderwało jakąś dziewczynę i załapało na chatę.
Janek był z tych, który zawsze gdzieś się przykleił i do domu wracał po kilku dniach.
No ale ojciec Janka , kiedy pozostała trójka była już w domu szedł z reguły rankiem na poszukiwanie marnotrawnego syna szukając go po sąsiadach.... do każdego domu wchodził i pytał....
Ludwik mieszkał na przeciwległym krańcu wsi więc ojciec J. docierał tu najpóźniej....i pytał...
..... jest mój u wos?
Stefek , ojciec Ludwika odpowiadał...
...... ni ma....
na to ojciec Janka
...... no to gdzie jest ta łandynga ? wszyscy wrócili a mojego ni ma.....
ale jak go zastał to było krótkie
....... du dumu.... jazda!!!!!
i Jasiek potulnie szedł za tatą ze spuszczoną głową do domu...
Często się z tego łandyngi śmiejemy.... no i kiedy nam Mośka uciekła pod kościół, to tylko pan mógł ją przywołać do porządku po schadzce z absztyfikantem....
więc psisko wraca ze spuszczonym łbem, że pan przerwał wspaniałą zabawę a Ludwik idzie za nią i krzyczy....
....du dumu .... ty łaandyngo....jazda!!!!!
.... ty gudłaju, torbo ruda...itd....
nie spostrzegł się tylko, że idzie za nim sąsiadka, ta która była z nami na zabawie i widziała nobliwego, kulturalnego pana za stołem....
no i pomyślała pewnie co za świr.....
a Ludwik galopem za Mośką do DUMU.... i w śmiech....
no to mam przerąbane ..... alem się wygłupił....


Fajnie to brzmi w tym dialekcie wiejskim. Kasta też mi dziś uciekła do chłopaka ale niedaleko, ja na pięcie w drugą stronę, za chwilę była już przy nodze. Łajza jedna.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Czasem pomaga taka ...zmiana wizerunku;)
OdpowiedzUsuńOj, chyba pożyczę to przezwisko na moja Muszkę! Niech no spróbuje uciec!;))
Muszę to na mojej "rudej znajdzie"-czyli kocie Lucku wypróbować,podoba mi się:)))Pozdrawiam ciepło:)))
OdpowiedzUsuńdobre.... lubię takie historie.... :-)
OdpowiedzUsuńPies mojej teściowej także lubi sobie sam wychodzić na spacerki, mimo ogrodzonego podwórka:)
OdpowiedzUsuńA kto powiedział, że zawsze musi być grzecznie i na serio.
OdpowiedzUsuńTrochę urozmaicenia wszystkim dobrze robi.
Do naszego psa mówi się "ciećwierzu" i nikt nie wie skąd się to wzięło i kiedy ;-)
Pozdrawiam.
Miło się czytało :), a Panią, która coś tam słyszała nie ma się co przejmować. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńJak ja lubię wszelkie gwary i dialekty! A najbardziej wielkopolską. U nas na psa mówi się "kejter". Tey [tak, stąd nazwa kabaretu], ale mój kejter łajzą nie jest, podwyrka sie trzymie.
OdpowiedzUsuńGdzie tam przerąbane , to po prostu kultywowanie tradycji.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam
Hehe wspaniała historia. A u nas się mówiło, że się ktoś "łajdaczy".
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło
K.
Uśmiałam się!!! Dzięki!
OdpowiedzUsuń