17 lipca 2012
ADOPCJA
Ostatnio dużo dyskutowaliśmy z Ludwikiem na temat adopcji, temat na czasie ponieważ po wizycie pani kurator temat wrócił....
Ja nie miałam nigdy do czynienia z takim problemem, mam własne dzieci, ale tym zagadnieniem zajmowałam się kiedyś, nawet współpracowałam z domami dziecka i domem małego dziecka.
Lecz co innego mieć takie dzieci przez cały czas w domu , a co innego być tylko kilka godzin w ośrodku.
Ludwik znalazł w sieci forum rodziców dzieci adoptowanych, ich wypowiedzi i relacje z instytucjami adopcyjnymi.... pozwolę sobie wrzucić skopiowany tekst z netu:
....."Nie liczcie więc na to, że otrzymacie rzetelne i prawdziwe informacje o dziecku; może się tak zdarzyć, ale z dużym prawdopodobieństwem tak nie będzie. Z przedstawionych nam opinii wynikało, że dzieci mają zaległości w szkole, ale poza tym ich zachowanie jest zupełnie normalne i nie wykazuje zaburzeń. Była to nieprawda, gdyż kiedy dzieci już zamieszkały w naszym domu, okazało się że zaburzeń jest bardzo wiele; moja żona diagnozowała je sama na podstawie swoich doświadczeń (np. ADD), lecz niektóre były tak skomplikowane, że nawet różni psycholodzy i psychiatrzy, do których chodziliśmy po poradę, nie wiedzieli co zrobić. Nie koniec jednak na tym; o wiele różnych rzeczy pytaliśmy wcześniej dyrektora domu dziecka. O ile pisana na kolanie opinia psychologiczna może zawierać różne bzdury, o tyle dyrektor placówki, w której dzieci przebywają dzieci, powinien jednak jako tako już je znać. Dyrektor rzeczywiście je znał, i wiedział doskonale, że sprawiają mnóstwo problemów, lecz chcąc się ich pozbyć, zwyczajnie nas okłamał. Tak! Pytaliśmy go wprost o różne zachowania dzieci - na przykład, czy dzieci kradną? Ależ skąd! Gdy potem okazało się, że kradną na potęgę, wyszło też i to, że kradły w domu dziecka i nie była to żadna tajemnica. Lecz nas okłamano, że dzieci nie wykazują żadnych patologicznych zachowań, abyśmy nie mieli oporów przed ich adoptowaniem, i aby pozbyć się problemy z własnego podwórka. Zresztą dyrektor, gdy tylko doszło do adopcji, zerwał z nami wszelkie kontakty i przestał w ogóle interesować się co się z dziećmi dzieje - wiedział przecież, że jego kłamstwa w końcu wyjdą na jaw.
(ciąg dalszy w kolejnym poście, ze względu na limit 8000 znaków na forum). Poleć znajomemu //// Re: Mity o adopcji - moje doświadczenie
Autor: enip 22.12.11, 13:54 Dodaj do ulubionych Skasujcie
OdpowiedzWiesz, to jest oczywiste że dzieci kradną, kłamią, biją się, próbują testować stawiane im bariery i sprawdzać, na ile mogą sobie pozwolić. To jest normalne.
Natomiast ja piszę o czymś zupełnie innym. Twoje dzieci "parokrotnie" coś zwinęły. Moje dzieci kradły codziennie, po kilka razy dziennie. Okradały nas, rodzinę, inne dzieci, sklepy, obcych napotkanych ludzi. Kradły w domu, w szkole, u znajomych, u babci, wszędzie gdzie się znalazły. To nie jest to samo i to nie jest normalne.
Podobnie z kłamstwem - Twoje dzieci na pewno okłamały Cię w paru różnych sprawach. Moje dzieci kłamały zawsze i wszędzie - że nie dajemy im jeść, że pozwoliliśmy im na coś na co nie pozwoliliśmy, że ukradzioną zabawkę dostały od nauczyciela, że... To też nie jest to samo.
Od nastolatków usłyszałaś, że Cię nienawidzą. Ja też jako nastolatek, nienawidziłem swoich rodziców A czy opowiadały Ci to ośmiolatki? Że Cię nienawidzą, że chcą Cię zabić, że żałują że jesteś ich mamą?
Widzisz, ja nie "usprawiedliwiam" nieudanej adopcji. Przede wszystkim dlatego, że nie uważam jej za porażkę ani klęskę. Byłaby to klęska, gdybym wziął dzieci a potem je zaniedbywał, zaniechał czynienia czegoś co mogłoby im pomóc. Ja nie zaniechałem niczego - zrobiłem wszystko, co byłem w stanie, aby je kochać, otaczać opieką, znaleźć im odpowiednią pomoc. To one, świadomie i dobrowolnie, podjęły decyzje że nie chcą mieć rodziny ani normalnego życia, i odeszły od nas. Było to bardzo bolesne i przykre doświadczenie (dla nas - bo gdy odjeżdżały, nam pękały serca, a one się uśmiechały i cieszyły), ale nie mam potrzeby usprawiedliwiania niczego, ponieważ nie zrobiłem nic złego. Po prostu wyciągnąłem wnioski i żyję dalej (choć boli nadal).
Piszesz, że uogólniam. Nie, ja nie uogólniam, po prostu na podstawie obserwacji sześciu różnych przypadków formułuję pewne tezy statystyczne. Ze statystyką zaś bywa tak, że pewne tezy ogólnie się sprawdzają, ale w szczególnych przypadkach może być inaczej. Zauważ więc, że nie piszę nigdzie "wszyscy...", "wszystkie..." tylko "zwykle...", "większość...".
I faktycznie, przypomniałem sobie że zapomniałem o siódmej rodzinie którą znam. Była to adopcja ze wskazaniem niemowlaka, którego oddała nastoletnia matka. Ta adopcja się udała - chłopak dzisiaj ma normalną rodzinę, studiuje, pracuje. Natomiast ludzie zrobili tej rodzinie takie piekło z życia, że musiała się przeprowadzić na drugi koniec Polski, gdyż zawsze mieli swoje opinie o tym "adoptowanym bękarcie"... Poleć znajomemu //// Trzeci mit, to ten, iż dzieci znajdujące się w domach dziecka, pragną znaleźć się w normalnie funkcjonującej rodzinie, doświadczyć ciepła i miłości. Na pewno takie dzieci też są, ale stanowią mniejszość zdecydowaną. Spośród kilkunastu dzieci, które przewinęły się przez rodziny zastępcze naszych znajomych, nie wyłączając też tych które adoptowaliśmy, można tak powiedzieć może najwyżej o dwójce. Oczywiście, wszystkie te dzieci są spragnione uwagi, czułości i zainteresowania; oczywiście, będą się do was kleić i nie odstąpią was o krok podczas każdej wizyty w domu dziecka. Nie oznacza to jednak, że pragną one mieć rodzinę, ponieważ one nie wiedzą co to jest rodzina. Wychowały się w patologicznym, zaburzonym środowisku, potem przebywały w wielkim kołchozie, jakim jest dom dziecka, który z prawdziwą rodziną nie ma nic wspólnego, doświadczyły i tu, i tam, przemocy i poniżenia. Tymczasem rodzina to, owszem, miejsce gdzie okazuje się sobie nawzajem miłość, ale też ma się swoje własne obowiązki i przestrzega się pewnych norm. Tego te dzieci wcale nie chcą, i zwykle po kilku miesiącach okazuje się, że mają dosyć i chcą wrócić do domu dziecka.
Gdy dzieci pojawiły się w naszym domu, postanowiliśmy nie obarczać ich mnóstwem zakazów, nakazów i wymagań. Wręcz przeciwnie, staraliśmy się zapewnić im jak najłagodniejsze przejście do nowej sytuacji, dlatego postawiliśmy tylko trzy kategoryczne zasady: w naszej rodzinie nie wolno kraść, kłamać ani bić innych. Nie wymagaliśmy żadnych osiągnięć w nauce, poza tym że miały mieć odrobione prace domowe. Nie wymagaliśmy prac domowych, poza tym że miały sprzątnąć po sobie łazienkę po umyciu. Wydawało się nam, że te trzy oczekiwania są jasne i oczywiste; nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że akurat właśnie te trzy rzeczy dzieci kochały robić najbardziej! Nie będę się tutaj rozpisywał na temat tego, jak na każdym kroku kłamały w sprawach nawet najtrywialniejszych (czy wypiłeś sok?), jakie niestworzone rzeczy wymyślały aby tylko nie musieć robić pracy domowej, ile wstydu musieliśmy znieść przed nauczycielami i rodzicami innych dzieci, które notorycznie okradały i biły, jak straciliśmy znajomych i nie mogliśmy pokazywać się nawet u własnej rodziny, gdyż kradły coś wszędzie gdziekolwiek się znalazły, jak w nocy z domu znikała biżuteria, pieniądze i inne rzeczy, jak nawet nasi najbliżsi zapowiedzieli, że więcej nie chcą ich oglądać, bo robią takie zniszczenie w domu i nie słuchają żadnych poleceń, jak wyrzucono je ze szkoły z powodu zachowania, i tak dalej. Nie w tym rzecz, aby to opisywać, bo też w sumie tego akurat się spodziewaliśmy, i nie ma się czemu dziwić, że tak się stało (jeśli się tego nie spodziewacie po adopcji, to zacznijcie - gdyż tak właśnie będzie!). Byliśmy przygotowani, wiedzieliśmy co nastąpi. Ale na jedno nie byliśmy przygotowani - że dzieci wcale nie chcą mieć rodziny. Oczywiście, na początku były pytane przez pracowników socjalnych, przez panie w RODK, przez nas samych wreszcie - czy chcecie z nami zamieszkać? Czy chcecie mieć mamę i tatę? Ależ tak, oczywiście! Jednak po pół roku powiedziały coś innego - nie, wcale już nie chcemy mieć rodziny, chcemy wrócić do domu dziecka. Ale przecież wcześniej mówiliście inaczej? No tak, ale to tylko dlatego, że chcieliśmy zobaczyć jak to jest. Zobaczyliśmy i się nam nie podoba, chcemy wrócić. Ale co się wam nie podoba? Poświęcamy wam tyle czasu i uwagi (żona zrezygnowała z pracy zarobkowej aby właściwie zająć się dziećmi), spędzamy z wami całe dnie, macie wszystko o co nas poprosicie, wspaniałe zabawki, ubrania, nawet wreszcie nikt się z was nie śmieje w szkole? Tak, to wszystko prawda. Ale nie podoba się nam to, że nie możemy robić tego co chcemy. A my właśnie chcemy kraść, bo podoba się nam to co mają inni. To, że mogą nas poprosić i kupimy im dziesięć razy fajniejsze? Nieważne. Chcemy ukraść właśnie to. Chcemy krzywdzić ludzi, bo to lubimy (dokładnie to nam powiedziały). A u was nie można tego robić, dlatego nie chcemy już u was być. Myśleliśmy, że mama i tata, to po prostu osoby które dają na prezenty i pieniądze, a wy jeszcze od nas czegoś chcecie.
Problem, moim zdaniem, wynika przede wszystkim z tego, że z dziećmi idącymi do adopcji nikt nie pracuje. Od nas, rodziców adopcyjnych, wymaga się tysięcy rzeczy, kursów, zaświadczeń, udowadniania na każdym kroku że nie jesteśmy wielbłądami. Z dziećmi nie wykonuje się żadnej pracy, aby przygotować je do życia w rodzinie. Psychologowie w domach dziecka to czysta żywa fikcja. Dzieci idą do adopcji całkowicie nieprzygotowane na to, co je spotka, i dlatego w większości przypadków po prostu się to nie udaje.
Mit czwarty, bardzo powszechny - dzięki ogromowi miłości i poświęcenia, jakie żywimy do tych dzieci, zdołamy do nich po prostu w końcu dotrzeć, i otworzą się na uczucie, jakim je darzymy. Do niektórych na pewno dotrzecie; musicie wiedzieć jednak, że do większości nie. Waszą miłość będzie dla nich tylko pożywką aby wykorzystać, i wziąć dla siebie jakąś korzyść. W oczy będą mówić wam, że was kochają, cieszą się że z wami są, ale za plecami będą robić coś całkowicie innego. Zdarzyło się nam kilka razy usłyszeć przypadkiem, co dzieci mówią o nas pod naszą nieobecność (oczywiście w naszej obecności tylko ochy i achy, i jak to kochają nas ogromnie). W rzeczywistości - i wcale się nie kryły mówiąc to do obcych osób! - nas nienawidziły, uważały że jesteśmy głupi, i chcą nam zrobić krzywdę. Każdy przejaw miłości, dobroci, uczucia wykorzystywały tylko po to, aby skorzystać materialnie - bo dobra materialne i pieniądze to jedyne rzeczy, które się dla nich liczyły. Żadna miłość, żadne uczucie nie miało dla nich żadnego znaczenia.
Mit piąty wreszcie, mniej może rozpowszechniony, ale jednak też ważny - ten, że w wychowywaniu adoptowanych dzieci będziecie mieć wsparcie z różnych stron. Niestety jest to nieprawda. Gdy dzieci zaczęły sprawiać problemy, okazało się, że nie interesuje to nikogo. Szkoła? Rodzice nas piętnują, bo dzieci się zachowują w taki a nie inny sposób, a przecież nie mamy na to żadnego wpływu! Nauczyciele odwracają się od każdego zgłaszanego problemu, ale są pierwsi w obniżaniu ocen ze sprawowania i pokątnego plotkowania, jakie to te bachory z domu dziecka są okropne. Inne instytucje? Poszliśmy do PCPR - było nie było, jest to ponoć centrum POMOCY RODZINIE. Niech może polecą jakiegoś psychologa, cokolwiek, bo my już nie dajemy rady! Pani w PCPR powiedziała - i jest to cytat dosłowny! - że och ta sytuacja nie interesuje. Jakby to była rodzina zastępcza, to by może coś zrobili, ale skoro państwo adoptowali, to teraz już nie nasza sprawa. Koniec cytatu. Wzięła łaskawie numer telefonu, bo może jak druga pani wróci z urlopu, to oddzwoni i coś pomoże - nie oddzwoniła nigdy. Rodzina, znajomi? Oczywiście, wspierają - z daleka. Po tym, jak kilka razy dzieci wyniosą im z domu coś cennego, zdemolują pomieszczenie albo celowo nasikają na środek dywanu, zaczną was unikać i prosić, abyście z dziećmi do nich nie przychodzili. Jeśli macie pieniądze i mieszkanie w większym mieście, może udać się wam znaleźć dobrego psychologa albo psychiatrę dziecięcego, który coś poradzi na niektóre sytuacje, ale nie na wszystkie. My pieniądze mamy, więc do psychiatrów chodziliśmy. Leki na uspokojenie, na poprawię koncentracji, terapia itp. - fatycznie, troszeczkę pomogło, ale tylko troszeczkę. A dlaczego nie więcej? Z prostej przyczyny - psychiatra powiedział wprost. One kradną, kłamią, krzywdzą innych - bo tego chcą. To jest ich świadomy wybór. I na to lekarstwa nie ma. Tak więc, musicie mieć świadomość że w większości sytuacji będziecie po prostu sami, i nie pomoże wam nikt.
(podsumowanie w kolejnym poście) //// //// Re: Mity o adopcji - moje doświadczenie
Autor: enip 24.12.11, 13:35 Dodaj do ulubionych Skasujcie
Odpowiedz Nigdy nie oczekiwałem od tych dzieci, że będą mi za coś wdzięczne - czy gdzieś napisałem cokolwiek takiego? Nie. Oczekiwałem tylko, że skoro mówią że chcą mieć rodzinę, to naprawdę tego chcą - i to była moja głupota i naiwność.
Tak się akurat składa, że dzieci doskonale potrafiły nie kraść i nie kłamać - gdy tylko chciały. A na początku chciały, i nie robiły żadnej z tych rzeczy. Gdy już adopcja się zakończyła, i w dobrej wierze pokazaliśmy im postanowienie sądu mówiąc "widzicie, już sąd postanowił, napisano: przysposobienie nierozwiązywalne, nie musicie się bać że was oddamy albo coś się stanie, już zostaniecie z nami na zawsze" - nagle coś w nich przeskoczyło: jak to, to już naprawdę na zawsze z nimi zostaniemy? I nie będziemy mogły kraść? O nie!! No i właśnie od tego dnia się zaczęło...
To, że dziecko może mówić rodzicom adopcyjnym takie rzeczy, i myśleć przy tym co innego "sprawdźmy, czy nadal mnie kochacie, mimo że jestem takie złe", to ja doskonale wiem. Ale kiedy mówią to między sobą, albo swoim kolegom w szkole, to jest coś innego. One w ten sposób nic nie sprawdzają, bo mówią to tym, którzy (jak im się wydaje) nigdy rodzicom adopcyjnym tego nie powtórzą. Wtedy można zobaczyć, co myślą i czują naprawdę.
Właśnie w tym rzecz, że dzieci doskonale wiedziały, co komu mogą powiedzieć, a komu nie, kto powtórzy nam, a przed kim nie trzeba udawać. I były przy tym niezwykle inteligentne - gdy tylko zechciały, cała praca domowa była zrobiona w pół godziny, a test w szkole napisany na 95%. A gdy nie chciały, to do drugiej w nocy był wrzask i awantura, bo trzeba jedno zdanie uzupełnić czasownikiem. Tak, naprawdę potrafiły wrzeszczeć bez przerwy przez 6 godzin - ja bym nie dał rady, a one umiały
O lekcjach jeszcze napiszę - ale póki co, pora szykować Wigilię Poleć znajomemu //// Re: Mity o adopcji - moje doświadczenie
Autor: enip 24.12.11, 13:18 Dodaj do ulubionych Skasujcie
OdpowiedzDziękuję za polecenie książki - postaram się ją zdobyć i przeczytać, aby zweryfikować moje doświadczenia.
Tak, podkreślam ich wolną wolę, ponieważ one ją posiadają. To nie są głupiutkie, malutkie istotki, jak się nam często wmawia. To są ludzie - skrzywdzeni, poranieni, ale to nie znaczy że nie czujący i nie myślący. One wiedzą czego chcą, i do tego dążą. Nie są plasteliną w naszych rękach, którą my sobie kształtujemy - potrafią samodzielnie myśleć, podejmować decyzje i to właśnie robią.
Spotkałem ostatnio człowieka, wychowanego w skrajnej patologii - pijaństwo na potęgę, ojciec powiesił się, gdy on miał trzy lata, matka z wyrokiem za morderstwo, później w pijackiej burdzie została zamordowana. Na porządku dziennym bicie, wyzwiska, awantury. Na podwórku kilkadziesiąt dzieci w takiej samej sytuacji - bo to taka dzielnica. Gdy zmarła mu babcia, został zupełnie sam - trafił do rodziny zastępczej. Dzisiaj ma rodzinę, żyje normalnie.
Opowiedział mi, co dokładnie czują i myślą dzieci z takiego środowiska. Czy marzą o tym, aby ich życie się zmieniło? Tak, oczywiście że wszystkie o tym marzą. Czy tego chcą? Nie, większość z nich wcale tego nie chce! Bo one, mimo iż widzą że takie życie jest złe, lubią to. Lubią popijać z tego, co pozostało w kieliszkach ich rodziców gdy już pijaństwo się skoczyło - bo po gorzałce ma się fajny odlot. Lubią kraść - bo ma się wtedy fajne rzeczy. Lubią kłamać, bo wtedy można coś wykręcić, załatwić dla siebie, czego nie mają inni. Dlatego większość dzieci z patologicznych rodzin powiela dalej te same wzorce życiowe - nie dlatego, że nie wiedzą że to coś złego. I wcale, bynajmniej nie dlatego, że inaczej nie potrafią. One po prostu lubią te przyjemności, które wiążą się z tym życiem.
Bardzo pouczającą rozmowę z nim odbyłem, która otworzyła mi oczy na wiele rzeczy. Gdyby mówił mi to jakiś psycholog, pracownik socjalny, itp. pomyślałbym sobie - ale co ty możesz wiedzieć, co myślą te dzieci, tak sobie teoretyzujesz tylko. Ale opowiedziało mi to jedno z tych dzieci właśnie. Najbardziej w pamięć wryło mi się to: Zawsze opowiada się o tym, jak te dzieci są skrzywdzone, a gdy już dorosną, one same też w taki sposób się tłumaczą ze wszystkiego - bo ja miałem takie trudne życie, nikt mnie nie kochał, tylko mnie bili, odrzucali. Wiesz co? - powiedział mi on - ja miałem takie samo życie. I nigdy się nie upiłem, nigdy nic nie ukradłem, nigdy w niczym się nie usprawiedliwiałem, nigdy nie zawalałem szkoły, chociaż musiałem odrabiać lekcje przy świeczce o trzeciej w nocy, gdy już pijaństwo się skończyło i inni poszli spać (a prąd był odcięty, bo pieniądze zamiast na rachunki szły na wódkę). Dlatego - to jego słowa, nie moje (ja nigdy bym się takiej opinii nie odważył wydać) - całe to skrzywdzenie to jest po prostu bujda na resorach. Oczywiście, że dzieci doświadczają traumy i odrzucenia, ale to nie tłumaczy ich w niczym. Po prostu albo naprawdę chcą zmienić swoje życie, albo nie chcą. Jeśli chcą, to do tego dążą, nawet jeśli im nie zawsze się udaje - i to widać. Jeśli nie chcą, to wszyscy wokoło mogą stanąć na głowie, a nie zmieni to nic. I ja mu wierzę, bo to jest człowiek który wszystkiego tego doświadczył, a jednak zmienił się. //// Re: Mity o adopcji (zakończenie)
Autor: hortencja 25.06.12, 18:02 Dodaj do ulubionych Skasujcie
Odpowiedz Dziękuję Ci Enip za ten wpis. Wraz z mężem przeżywamy podobne sytuacje i żeby utrzeć nosa tym, którzy uważają Cię za nieudolnego wobec adopcji powiem tylko, że to bzdura ! Adoptowaliśmy chłopca i dziewczynkę. Gdyby nie dziewczynka, może moglibyśmy pomyśleć, że to nasza wina, że zawiniliśmy w którymś momencie... Też biegaliśmy do psychologów, na różne terapie i... nic ! Chłopiec nie chce się poprawić, choć wymagania jak u Was - podstawowe do wspólnej egzystencji. Nasza miłość - wyłącznie wykorzystana do jego własnych korzyści (prezenty i wszystko czego mu było w tej chwili trzeba).Przeczytaliśmy także wspomnianą książkę Kecka o RAD i... nic. To bardzo trudne dla nas, ale raczej skończy się rozwiązaniem adopcji syna. Nie czujemy się już z nim bezpieczni. Jest coraz starszy, silniejszy a my widzimy, że z tej mąki chleba nie będzie. Adoptowana córka jest dowodem, że to nie nasza wina. Kochaliśmy dzieci jednakowo, ale widać są pewne granice. Serdecznie Cię pozdrawiam i dziękuję szczególnie za zakończenie Twojego postu z podsumowaniem. //// Re: Mity o adopcji (zakończenie)
Autor: gwarka-65 ˘ 25.06.12, 19:27 Dodaj do ulubionych Skasujcie
OdpowiedzDrogie panie,które tak łatwo osądzają ENIDA.Jestem babcią takiego dziecka jakie miał ENID.
Cała nasza rodzina namawia rodziców do cofnięcia adopcji.Tak samo adoptowali córeczkę i synka.Z córką się udało.Wychowali ją na wspaniałą nastolatkę. Kochali ich tak samo.
A syn nadaje się do audycji W-11.Co to z szczęście rodzinne, skoro wychodząc z domu
muszą pozamykać przed synem na klucz pokoje. Skoro muszą zabierać portfel nawet do ubikacji.Co to za szczęście rodzinne skoro on nigdy nie mówi prawdy.Wagaruje nie chce
się uczyć(51jedynek)Ma 15 lat .I co teraz? Mają utrzymywać darmozjada. Nie myślcie, że o niego nie walczyli. Był i jest pod opieką psychologów.Dobry przykład w rodzinie nie pomógł,
więc co jeszcze pozostało?W szkole wraz z innymi kolegami zaciągnął dziewczynkę do szatni.
Jedni ją trzymali inni macali a nasz wnuk brutalnie wykręcał jej sutki.Dziewczynka krzyczała a nasz wnuk stwierdził z ironią.. jej się to podobało..Następny będzie gwałt z penetracją,jak myślicie?
Pozdrowienia
<< prawiejakmama.bloog.pl/kat,0,index.html?ticaid=6d998 >> //// zanim będziesz kogoś oceniała w taki niemiły sposób, poszukaj więcej informacji o dzieciach z zaburzeniem więzi.
Tak na szybko, co znalazłam w necie:
"Symptomy RAD u dzieci (za opracowaniem Zachodniopomorskiej Fundacji Pomocy Rodzinie):
1. nadzwyczaj czarujące i ujmujące, szczególnie w stosunku do obcych lub tych, którymi mogą manipulować.
2. bezkrytycznie czułe, często w stosunku do obcych, ale brak czułości w stosunku do rodziców (nawet celowe ranienie ich uczuć)
3. problem z utrzymaniem kontaktu wzrokowego, z wyjątkiem sytuacji kiedy są zezłoszczone lub kłamią
4. posiadające ogromną potrzebę kontrolowania wszystkiego i wszystkich, nasilająca się wraz z wiekiem
5. nadzwyczaj czujne
6. nadaktywne, ale leniwe w wykonywaniu zadań
7. kłótliwe, często o nie mające znaczenia rzeczy (sprawy)
8. często wybuchające wściekłością, dostające napadu szału, nawet w trywialnych sprawach
9. wymagające lub czepliwe, często w nieodpowiednim czasie
10. trudno rozumiejące (lub wcale) związek między przyczyną i skutkiem
11. słabo kontrolujące impulsy (odruchy)
12. brak morale (zasad moralnych), wartości i wiary duchowej
13. słaba lub brak empatii, często nawet brak rozwiniętego sumienia
14. okrucieństwo wobec zwierząt
15. kłamanie bez powodu
16. fałszywe zarzuty o nadużycie
17. niszczenie własności lub siebie samego
18. kradzież
19. bezustanne gadanie, bezsensowne pytania
20. nienormalny (dziwny) sposób mówienia, brak zainteresowania w rozwijaniu umiejętności komunikowania się
21. opóźnienia (braki) w przyswajaniu wiedzy, przy normalnym rozwoju umysłowym
22. fascynacja ogniem, krwią, bronią, złem, dokonywanie zwykle złych wyborów
23. problemy z jedzeniem: albo objadanie się, albo odmawianie przyjmowania jedzenia
24. koncentrowanie się na detalach, ale ignorowanie spraw ważnych
25. posiadanie niewielu lub nie na długi okres przyjaciół, tendencja do bycia samotnym
26. postawa roszczeniowa, egoizm
27. podbieranie rzeczy bez pozwolenia, nawet jeśli można je otrzymać po poproszeniu o nie
28. manipulowanie dorosłymi, nastawianie ludzi przeciwko sobie
29. ciemność za oczami (w oczach), kiedy jest wściekłe
Dla dzieci z zaburzeniem RAD powyższe symptomy występują w ponad połowie lub większości oraz są w znacznym stopniu nasilone. Dziecko z RAD wykorzystuje miłość opiekuna przeciwko niemu, żeby zranić, a okazywanie uczuć interpretowane jest przez nie jako oznaka słabości.
Objawy zaburzenia RAD mogą być całkowicie zniesione, a najlepsze wyniki terapeutyczne uzyskuje się w momencie podjęcia odpowiedniej terapii przed 12 rokiem życia dziecka. Leczenie RAD opiera się na teorii więzi i koncentruje się na zwiększeniu odzewu i wrażliwości opiekuna lub umieszczeniu dziecka u innego opiekuna. Tradycyjne terapie oparte na budowaniu więzi przynoszą gorsze wyniki, ze względu na istotę zaburzenia"
<< www.nasz-bocian.pl/phpbbforum/viewtopic.php?t=60371 >>
czytając ten tekst widzę sytuacje , które się pojawiają w naszym domu.
co musieli przezywać rodzice młodego i jego brata przez cały czas od momentu adopcji..? znam relację Ludwika , wiem co przechodził ....
Ja jestem obserwatorem, mnie sprawa młodego osobiście nie dotyka ale widzę, że niestety najważniejszą rolę u dziecka grają geny patologiczne, i nic praktycznie sie nie da zrobić jeżeli są silniejsze niż nasze starania, wychowanie, dawanie przykładu itd,.....
Tym razem zamykam już temat adopcji, ale być może moje spostrzeżenia i obserwacje z autopsji pomogą jakimś starającym się o dziecko z domu dziecka spojrzeć inaczej na problem.
Choć ja nie mam doświadczenia..... w tym temacie.... to trzeba samemu przeżyć.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)


adopcja tylko w teorii jest taka łatwa i fajna, miałam sąsiadów, ktorzy adoptowali kilkutygodniowa dziewczynke... dzis ma 8 lat, a wiecznie są z nią jakies "dziwne" kłopoty.... ma ataki krzyku bez powodu i nikt nie wie co to jest
OdpowiedzUsuńCzytałam z przerażeniem... Takiemu zwykłemu laikowi, jak ja, wydawałoby się, że adopcja to coś wspaniałego... Geny jednak mają wielkie znaczenie, poza tym, to czego dziecko nauczy się w pierwszych klatach życia, zostaje na zawsze... Wiesz, zgodziłabym się z tym panem, co pisał na forum... Że jak ktoś chce, wyjdzie ze wszystkiego. Tylko, że mało ludzi chce...
OdpowiedzUsuńŻyczę aby problemy z adoptowanym synem Ludwika szybko się skończyły...
Aha - a co do moich "tworków" na Allegro.. W tej chwili nie wystawiam nic, ale jak wystawię, podzielę się linkiem na blogu :) Pozdrawiam serdecznie :)
A tu jest link do mojego sklepiku na Srebrnej Agrafce. Na razie bardzo pusto, ale niedługo dorzucę sporo rzeczy :)
Usuńhttp://srebrnaagrafka.pl/sklep/czarynaskarpie
...mamy w rodzinie adoptowane dziecko, dziś już nie dziecko, a dorosły z niego mężczyzna, przyznam, że kłopotów z nim nigdy nie było, jego rodzice, a moi chrzestni nigdy nie skarżyli się na niego...trafił do nich z Domu Dziecka, gdzie przebywał od urodzenia w latach 70 - tych jako 6 latek...Czyżby był wyjątkiem? Nie wiem...czyżby geny jego biologicznych rodziców, alkoholików, zanikły podczas wychowania przez przybranych rodziców? Nie wiem...Wiem, że jest teraz cudownym rodzicem, bardzo dobrym mężem i nadal wspaniałym członkiem naszej rodziny bez którego nie wyobrażamy sobie życia...
OdpowiedzUsuńSerdeczności!
O rany...przerażające to wszystko. Ale to prawda. W rodzinie męża jest adoptowana dziewczynka. Adoptowana jako niemowle, teraz nastolatka. Rodzice dali jej wszystko co chciała. A ona co? Potrafi do matki powiedzieć że ją zabije. A ostatnio stwierdziła że jak tylko zrobi maturę to wyjeżdża za granicę i do nich nie wróci. A oni jej życie poświęcili.
OdpowiedzUsuńBuźka
Bardzo ciekawy post.Zgadzam się że wymaga się cudów od rodziców adopcyjnych.Dzieci pochodzące z rodzin dysfunkcyjnych przeważnie wymagają opieki psychologów często cierpią na RAD, FAS czy FAE (i wiele innych) a tego nie uleczy miłość i rodzina. Potrzeba pieniędzy, czasu, cierpliwości i świadomości ,że niestety w wielu przypadkach nie poskutkuje. Pytanie - czy są na to gotowi potencjalni rodzice? czy są świadomi jak może wyglądać ich życie?
OdpowiedzUsuńNa szczęście jest też wiele udanych adopcji. Pozdrawiam !
Bardzo pouczające i przerażające...cieszę się że trafiałam na ten post.
OdpowiedzUsuńNie przypuszczałam nawet ,że istnieje taka ,,druga strona medalu,,
Jestem matka adopcyjną już prawie dwa lata,mój synek ma 3,5 roku od roku obserwuje moje dziecko i z dnia na dzień jestem coraz bardziej bezradna,przerażona,nie będe podawać szczegółów moich problemów ale jest ich mnóstwo,wiem że jestem jedyną osoba w jego życiu i nigdy go nie zostawie, ale miłość do niego sprawia mi wiele bólu i cierpienia każdego dnia,czuje się bardzo samotna i rozumiem rodziców którzy każdego dnia borykają się z nienawiścią swojego dziecka do nich samych.Bycie rodzicem adopcyjnym...miłość i poświecenie nie wystarcza.
OdpowiedzUsuń