24 stycznia 2016

WSPOMNIENIA.....INWAZJA







W poprzednim poście na pierwszym zdjęciu widoczna jest jezdnia....tą drogą jeździły samochody do Kamiennej Góry i dalej / obecnie wybudowana jest obwodnica/ . Jezdnia była pokryta kamiennym brukiem...
....i tak  pewnego  lipcowego  dnia w godzinach już mocno wieczornych usłyszeliśmy dziwny hałas, warkot, narastający z każdą minutą. Zaciekawieni podeszliśmy do okna.... a tam...jadą czołgi, jeden za drugim, gąsiennice wyrywają bruk a kawalkada jedzie dalej. Mama moja bardzo się wystraszyła....to chyba już wojna...o mój Boże...
.mnie nie powiem ten widok też przeraził. Zresztą jestem znana z tego,  że boję się nawet potencjalnych  zagrożeń  , a co dopiero taki  widok....
Czołgi jechały na przejście graniczne do Lubawki a dalej już wjeżdżały na teren Czechosłowacji..
 żródło




zdjęcia pochodzą z netu

starsi pamiętają  pewnie te niechlubne wydarzenia,  i znów można zacytować klątwę...obyś żył......itd

22 stycznia 2016

WSPOMNIENIA....OBYŚ ŻYŁ.....


Z NETU
po lewej stronie dom z czerwonym dachem to nasze późniejsze mieszkanie, po prawej duży żółty budynek to pierwsze mieszkanie moich rodziców


„Obyś żył w ciekawych czasach” – starożytna chińska klątwa wciąż działa.

Żyłam i żyję w bardzo ciekawych czasach, choć czasem mam już dość tych ciekawości....
Jak sięgnę pamięcią wstecz do lat dzieciństwa, przed oczami pojawiają mi się obrazy, jedne dość wyraźne, inne fragmentaryczne. Spróbowałam poukładać je sobie od momentu kiedy sięgałam  pamięcią wstecz.

Rok 1951-52  ..mieszkam z rodzicami na trzecim piętrze starej kamienicy, w jednym pokoju i maleńkim przedpokoju , w którym stoi dwupalnikowa kuchenka gazowa. Ubikacja  jest na półpiętrze. Widok tego pokoju zasnuwa mgła, ale pamiętam moment , kiedy wyrzuciłam przez okno swój bucik....
pewnie mama miała kłopot, bo musiała wraz ze mną zejść z tego trzeciego piętra na ulicę i go odnaleźć. pamiętam również budynek naprzeciwko, jednopiętrowy i cztery okna, -  w jednym z tych okien stała piękna młoda kobieta z warkoczem przerzuconym przez plecy i machała do mnie ręką....
To mieszkanie stało się wkrótce naszym mieszkaniem, tam już urodził się mój brat. Nie było to cudo - kuchnia  do której wchodziło się bezpośrednio z korytarza i dwa pokoje w amfiladzie. Woda na korytarzu, jeden zlew dla 4 rodzin i jedna ubikacja na półpiętrze... Tam przeżyłam ponad 20 lat....
Ale wracając do wspomnień -  roku 1953 nie pamiętam, natomiast rok 1956 utrwalił mi się w pamięci. Jeden z obrazów - stoję z mamą w kościele, przy bocznym ołtarzu ,  w niesamowitym tłumie, a kościół jest olbrzymi, a  ja malutka / bo taka byłam/ w płaszczyku uszytym ręcznie przez mamę z przerobionej jakiejś jesionki, /  wiem że to była jodełka, i w jakiejś czapinie pewnie na głowie / , sięgam mamie do pasa,  ludzie stoją  ściśnięci , a ja  nie mam czym oddychać, tłum faluje i śpiewa.... bałam się wtedy niesamowicie.... i ten strach przed tłumem pozostał do dnia dzisiejszego. Nie wiem jaka to była uroczystość ale biorąc pod uwagę rok i porę roku to pewnie  z okazji wydarzeń październikowych.


Drugie wydarzenie wiąże się z wyjazdem mamy sąsiadki z poprzedniego mieszkania ...pani Jadwigi....do Izraela.
Poszłam z mamą do ich pustego już mieszkania, byli spakowani i sprzedawali jeszcze to co mogli. Moja mama kupiła wtedy od nich maszynę do szycia Singer - jeszcze z czółenkiem a nie bębenkiem, i dużą , skórzaną torbę, taką jak nosiły kiedyś akuszerki. Torba była  duża, piękna ale strasznie ciężka, służyła nam potem przez  wiele lat. Pani Jadwiga miała dwie córki starsze ode mnie Sabinę i Hesię, dziewczynki miały piękny wózek dla lalek oraz cudowna lalkę do tego wózka, oczy mi się świeciły na sam widok tak cudownej zabawki, bo ja miałam tylko lalkę szmaciankę, ale mama mi tego wózka nie kupiła, pewnie nie miała pieniędzy , a o podarowaniu mi tej zabawki nie było mowy.
Później była szkoła podstawowa, nauka religii odbywała się w  w klasach .... ale  niedługo o trwało, wkrótce przeniesiono lekcje religii do małego kościółka obok szkoły no a w roku 1961 całkowicie wyprowadzono ją ze szkół.
Pamiętam informację o zastrzeleniu Kennediego, byłam wtedy u sąsiadów , z których córką chodziłam do szkoły, ja byłam już wyszykowana, Halince mama szykowała jeszcze śniadanie, pod oknem na stoliku stało radio....i wtedy usłyszeliśmy tę informację.... Ja chyba za bardzo się nie przejęłam, natomiast rodzice Halinki zamarli....
Później było jeszcze słynne orędzie biskupów polskich do biskupów niemieckich...przebaczamy i prosimy o wybaczenie. Wrzało wtedy w całej szkole, ale praktycznie nikt nam wtedy nic nie wytłumaczył.
Po skończeniu podstawówki za naciskiem rodziców poszłam do technikum ekonomicznego. Mnie marzyło się liceum i później studia, ale wtedy dzieci były chyba bardziej posłuszne rodzicom. Tak zaczęła się moja edukacja w tej szkole, w przepisowym granatowym płaszczyku , przyszytą do rękawa  tarczą i niebieską chusteczką na głowie / była z zerówki - jak ktoś wie co to znaczy/
Miałyśmy mundurki, każda klasa w innym kolorze, spódniczki za kolana, nie było mowy o spodniach. Tylko jedna moja koleżanka dostała osobista zgodę dyrektora szkoły na noszenie spodni - no ale ona mieszkała na kolonii  i do PKS-u  jak się to mówiło miała chyba ze dwa kilometry .a z dworca do szkoły kilka przystanków trolejbusowych.
Nadszedł rok 1968 - już wtedy rozumieliśmy co nieco, kiedy z mojej klasy kolega Szagrin musiał opuścić Polskę i wyjechać  do Izraela. Nie pamiętam kim byli jego rodzice, ale ta sytuacja była dla nas trudna.
Polityka się nie zajmowaliśmy , jak to mawia pan Iwaszkiewicz z VIVY .... była obok nas,  co jednak nie przeszkadzało nam bawić się na prywatkach, zbierać pocztówki dźwiękowe, stroić się na dzieci kwiaty.....protestować przeciwko wojnie w Wietnamie
Miałam wtedy  taka grupę przyjaciół w Dusznikach Zdroju, A. i Z. synów lekarza naczelnego uzdrowiska oraz grono kolegów. Korzystałam więc z wyjazdów , gdzie wspólnie słuchaliśmy festiwalu w Woodstok, Jimi Hendrixa czy Joan  Baez, mieliśmy dostęp do narkotyków, i wszelkich używek, ale wszystko było stosowane w normie. Jeździliśmy do Zieleńca, Lasówki.. Wszyscy wyrośliśmy na normalnych i chyba porządnych  ludzi.





Duszniki Zdrój to przede wszystkim dla mnie - Festiwal Chopinowski, jeździłam na każdy możliwy koncert, a najbardziej  urokliwe były te  grane w Dworku,  kiedy siedziało się na wolnym powietrzu, a poprzez otwarte drzwi i nagłośnienie płynęła o zmroku ta cudowna, jedyna muzyka. 
Rok 1968 to także wyjazd z klasą przedmaturalna do Częstochowy, tam poznałam swojego kochanego Ojca Józefa Jaskółowskiego, Sekretarza Generalnego Zakonu Paulinów. Nie wiem jak to się stało,  że szacowny, siwy Ojciec pozwolił na tak bliskie zaprzyjaźnienie z małolatą..... odwiedzałam Ojca w Klasztorze jasnogórskim , prowadziliśmy / ha ha to ojciec prowadził ze mną/  rozmowy o wszystkim,  o życiu, wierze, to wtedy własnie "wróciłam" na łono Kościoła, , dużo wtedy   z tych rozmów trafiło do mnie i pozostało w moim sercu do dzisiaj.
No a szczytem wszystkiego był przyjazd Ojca do Wałbrzycha,  - w walizce miał zapakowany biały pauliński habit, i to   Ojciec udzielił nam ślubu kościelnego. Było to szokiem dla całej  naszej rodziny, bo nikt nie wierzył, że tak szacowna osoba pojawi się na "prośbę" młodej. A jednak. Stało się.




10 stycznia 2016

19 STYCZNIA 2016 ROKU.....




Trafiłam dzisiaj na stronę .... TUTAJ
czytam i już jestem przerażona, czy to wszystko prawda ?
Dlaczego nie ma o tym informacji na portalach społecznościowych ?
czy naprawdę  grozi nam "zagłada" , nas Polaków w swoim kraju ?

9 stycznia 2016

MEDYTACJA ?





Widzę na blogach rozliczenia ze starym rokiem 2015, u jednych był dobry, u innych gorszy. Mój rok 2015 przeszedł do historii jako jeden z najgorszych.... nasiliła się moja choroba, był  pobyt w szpitalu, przechorowane święta Bożego Narodzenia. Również Ludwika dosięgnął szpital i choroba.
Mam nadzieję,  że w tym roku jednak będzie lepiej, choć zdaję  sobie sprawę ze swojego  wieku i związanymi z tym  problemami.
Radością natomiast był przyjazd córki i dość długi jej  pobyt, cieszyłam się, że możemy być blisko, porozmawiać, ustalić  sobie pewne priorytety.
Czas niestety  biegnie nieubłaganie,  a mnie się wydaje,  że stoi w miejscu, brakuje mi chęci do pisania, inspiracji, śledzę te wszystkie zmiany w kraju, te protesty, opluwanie Polski, pouczanie Polaków co maja robić aby zadowolić Unię.....i się denerwuję, choć wiem, że nic nie mogę  zrobić.
Jasne , są potrzebne w kraju zmiany, tworzenie miejsc pracy dla młodych, zmiany w ochronie zdrowia, szkolnictwie, ale odnoszę wrażenie, że podnosimy się jakby  po wojnie, po jakimś  katakliźmie, który spustoszył nasz kraj. Niby jest dobrze - ale na każdym polu źle....
Kiedy i jak to się zmieni - nie wiem, potrzeba czasu, a tego już mam niedużo.
Jeszcze problem z najazdem tych  pseudo uchodźców .....jacy to uchodźcy ?  w 90 %  to młodzi, silni mężczyźni , kobiet i dzieci jest jak na lekarstwo.
Dlaczego  ci mężczyźni nie bronią  własnego  kraju, swoich kobiet, matek, żon, dzieci.... tylko pozostawią je na pastwę losu, narażają  na głód i gwałty.
A już to co się wydarzyło w ostatnich dniach w Niemczech, Szwecji, kiedy zaczęły się napady na europejki..... to już po prostu szok.
I w takim galimatiasie historycznym przychodzi mi żyć, może gdybym nie była tak wrażliwa to pewnie bym za przeproszeniem olała te wszystkie sprawy, ale niestety tak się  nie da. Żyję  w swoim kraju, w swojej ojczyźnie i zależy mi na jej rozkwicie i dobrobycie, co jednak wydaje się na chwilę  obecną bardzo trudne do zrealizowania.
No i do tego ta dezinformacja, jedni mówią "białe " inni "czarne"   i jak to sprawdzić ?
 No ponarzekałam sobie, ale czy mi lepiej ? nie......

Bóg czasami nawiedza zbłąkaną duszę nakazem, czasem karą, a czasem cudem. (Św. Antoni)

 Wracając jeszcze do ubiegłego roku, poprzez codzienną modlitwę zrozumiałam wiele rzeczy, otworzyły mi się oczy na rzeczywistość, choć wydawało by się, że "głupia nie jestem " i wiele widzę  ..
... czasami jednak  potrzeba dystansu do samej siebie, medytacji, wsłuchania się we własną  duszę,
i wtedy czuję, że jednak dostąpiłam jakiejś łaski, że spłynęło na mnie Światło, jakkolwiek by to nie nazwał.... I wtedy człowiek wycisza się, ma czas na oddech i spojrzenie z innej strony na rzeczywistość.

http://www.rozaniec.eu/index.php?m=Rosary&a=ShowRosarySectionArticle&rsa_id=760

Może z tym nowym rokiem trochę więcej będę pisać?  Bo najczęściej przychodzą mi do głowy tematy - jak kładę się spać ...ha ha, a do rana wszystko znika ...