29 kwietnia 2011

PODRÓŻ



Dziś będzie opowieść o Leszku - przyjacielu Ludwika.
Leszek pojechał do Świnoujścia na rekonwalescencję po chorobie razem z własnym pieskiem Bellą.W Świnoujściu mieszka jego córka z zięciem więc ma tam rodzinę , ale tęsknota za własnym domem była silniejsza, więc pojechaliśmy po niego aby go przywieźć do domu.
Nie znałam Leszka , spotkaliśmy sie chyba tylko ze dwa razy przelotnie więc nie wiedziałam że ma takie poczucie humoru... baaardzo specyficzne :)
Spakowany był już dwa dni naprzód i nie mógł się doczekać naszego przyjazdu .Nocowaliśmy u niego po podróży no i następnego dnia zaczął się wielki powrót.
Już rano nas poganiał do samochodu aby jak najszybciej wyjechać i zdążyc na prom, bo długa droga przed nami. Wsiedliśmy wszyscy, razem z Bellą, pożegnała nas Zyta córka Leszka , sympatyczna i ciepła dziewczyna, o śmiejących oczach no i ruszylismy w drogę.
Przeprawa promem zaowocowała świetnymi zdjęciami z kapitanem, i na mostku przy przeróżnej "maszynerii", i dalsza droga przebiegała następująco.
Muszę dodać że Ludwik dostał od swojego kolegi "zabawki" ... stare żarówki , transformatory... stara poniemiecką księgę więc samochód był obciążony na maksa....
No i dialogi wyglądały tak:
Leszek ..... jedź powoli i uważaj ja dziury w drodze bo możesz złamać resor ..
Ludwik..... tak , tak, uważam
Leszek do Belli..... no widzisz ? jedziemy do domku, juz się cieszysz co?
i po chwili do siebie..... a Zyta to musi jechać tak daleko? martwię się o nią....
Leszek..... no abysmy tylko dojechali szczęśliwie, bo już nie wrócę do tego Świnoujścia, tam powietrze nie dla mnie....
jedziemy sobie dalej...... Leszek tylko patrzy na drogowskazy jakie miasta mijamy i ile kilometrów jeszcze do domu.
No coraz bliżej, ...w okolicy Międzyrzecza Leszek się odzywa.... no nareszcie zaczyna być "normalne powietrze" a nie to co nad morzem, tam juz nigdy nie pojadę chociażby mi dawali super mieszkanie.... a ty Ludwik chciałbys tam mieszkać?
Nie.... ja też nie , nawet jakby mi dawali willijkę ... odpowiada Ludwik...
Podróż jest dosyć długa więc szukamy miejsca na krótki postój ..
Po co nam postój ... mówi Leszek....jedźmy jak najszybciej do domu.....ale wolno ...to znów do Ludwika, uważaj na dziury i jedź powoli ....że nam coś urwać, samochód ciężki...

Ja się tylko uśmiecham, słucham tego dialogu a miejscami monologu....

W Świebodzinie postanowiliśmy się zatrzymać przy pomniku Chrystusa Króla i zrobić kilka zdjęć ponieważ w drodze do Świnoujścia nie mieliśmy takiej możliwości.

Ludwik głośno oznajmia.... zjeżdżamy z autostrady i jedziemy pod pomnik..

na to odzywa się Leszek.... a po kiego czorta ? po co wam to ? jedźmy do domu...tylko powoli żeby się nic nie urwało....

No nie... spojrzałam na Lutka i widzę jak się powstrzymuje od śmiechu..... dojezdzamy do pomnika, wysiadamy z aparatami...

Leszek wysiądź i rozprostuj nogi mówi Ludwik...

A po co? mnie tu dobrze prawda Bella? na co nam wysiadać, co tam jest do oglądania.... mruczy pod nosem, więc my wysiadamy i idziemy zrobic fotki śmiejąc sie po drodze do siebie....

Ech ten nasz Leszek.....

Po powrocie mówimy, widzisz to jest największy na świecie pomnik Chrystusa Króla więc warto to uwiecznic....

a na to Leszek..... a po co to komu stawiac takie pomniki , wiecie ile to kosztowało? trzeba lepiej było te pieniądze rozdać potrzebującym, ja tam mam swojego Boga i nie potrzebne mi żadne pomniki... na nic tłumaczenia że gdyby tak każdy myslał to nie byłoby ani posągów Michała Anioła, ani przepięknej architektury sakralnej....przeciez kazdy artysta chwali Boga poprzez własną sztukę, czy to malując, czy rzeźbiąc....

No i jedziemy dalej.... gdzieś w okolicy Lubina Leszek odżywa.... zaczyna juz marzyc co to on w tym swoim domu zacznie robic, czy wyczyścić rower, aby pojechac na swoje bagna czy też iść z Belką na spacer po swoich zakamarkach.... no i już twierdzi że oddycha wspaniale bo juz ma "swoje powietrze"

Zatrzymujemy sie jednak na krótki postój bo Lutek jest troche zmęczony i powinien parę chwil odpocząć .... wysiadamy z auta... Bella wyskakuje.... Leszek sie ociąga.... ale po chwili tez wysiada z samochodu. Bella biega ale zamiast po lesie biegnie na jezdnię .... wracaj ty .... .....tu zamilcze jakie słowa padły.... bo mnie skręcało ze śmiechu. A po chwili... no widzisz ja cie kocham ty mój piesku... ale jak nie słuchasz to dostaniesz kopa.... ale tak delikatnie .... bo nie zrobię ci krzywdy.

No i opowiada jak to Bella przychpodzi do niego spac do łóżka i dziobem odkrywa kołdrę aby sie przytulić.

No , wsiadamy i dalej w drogę..... mijamy Legnicę... i ...Leszek zaczyna śpiewac.... humor już mu się poprawił, widać ze napiecie opada z niego w miare zblizania się do domu,

A kiedy wjechaliśmy już na "swoją drogę" to nawet ulewny deszcz nie był w stanie poskromnic jego radości, śpiewa nam dawne melodie, radosny jak skowronek,

widzisz Bella .... to już nasza Gubernia....zaraz bedziemy w domku...

Kiedy pod domem zaczęli wypakowywać bagaże Leszek jak młodzieniaszek pogalopował pierwszy do domku , wracając po kolejna torbę mówi....wiecie trochę tam smierdzi....ale to nic...

a kolejna torbe wynosił juz w biegu i podskokach, radosny ze nareszcie jest u siebie...

Nie powtórzę wszystkich dialogów ale podróż była wesoła , z przyjemnością sie patrzyło na radośc Leszka z powrotu do domu.

Widzę więc tutaj piękna przyjaźń męską i ciesze się ze to tez dzieje sie za sprawą Ludwika.

To jeszcze jedna jego szlachetna cecha .... jestem szczęsliwa że to moja M.... bo


Hipokrates
Szlachetne cechy istnieją naprawdę u szlachetnych ludzi.












27 kwietnia 2011

WIELKANOC



Święta Wielkanocne... po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat przezyłam zgodnie z tradycją. To znaczy przeżyliśmy wspólnie razem z Ludwikiem.


W Wielką Sobotę pojechaliśmy RAZEM do koscioła z własnym koszyczkiem poświęcić pokarmy, takie to niby zwyczajne ale dla mnie jest przezyciem, wracam do tradycji z lat dziecięcych kiedy do kościoła szła rodzina a nie wysyłało się samo dziecko....


Moje marzenia się spełniają.... żyć zgodnie z tradycją przodków, zgodnie z Dekalogiem.


No i później świąteczne śniadanie... spokojne, wyciszone, a na drugi dzień świąt... zgodnie z tradycją powinno się iść jak Jezus do Emaus.... my jednak pojechalismy na Śląską Fudżijamę, pogoda dopisała więc widok z wygasłego wulkanu był imponujący choć trochę zamglony na horyzoncie.


Tak właśnie powinno się świętować .... zgodnie z wiosenną przyrodą, radośnie i przyjemnie. Ciesząc się swoją obecnością, wspólnymi fotkami, rozmową, uśmiechem.....


Tak to widziałam juz dawno , ale dopiero teraz za sprawą Ludwika te marzenia nabrały właściwej treści. NORMALNOŚCI...... choc może to zabrzmi dziwnie.... doszukiwać się w normalności czegoś nadzwyczajnego. Ale właśnie życie ostatnich lat niesie ze soba takie paradoksy.... ludzie świętują przy zastawionym stole, obowiązkowo z alkoholem..... a zapominają o ponadczasowych wartościach....przeżyciach religijnych, duchowych , o tym wszystkim co niesie prawdziwe Zmartwychwstanie Chrystusa....

23 kwietnia 2011

KONWALIOWE POLE



Dziś Wielki Piątek....kolejne święta w moim życiu, choć teraz myślę będą w zupełnie innym wymiarze.Rano poczyniliśmy ostatnie zakupy , a po południu wybraliśmy się na spokojny spacer do lasu.Ten jest na wyciągnięcie ręki, 2 minuty przejścia przez ogród, i wyjście na drogę prowadząca do lasu.... Ludwik pokazał mi olbrzymie "pole konwaliowe" , wyobrażam sobie kiedy wszystkie zakwitną, zapachem pewnie będa mogły odurzyć , nie mówiąc o doznaniach wzrokowych, nie rzadko mozna zobaczyc taki dywan konwaliowy.wyprawa do lasu to również zerwanie barwinka do świątecznego koszyczka, bo jutro idziemy poświęcić pokarmy.Nareszcie razem z najbliższym człowiekiem będę przeżywała te chwile, czekałam na to tyle lat.....te wspólne wyjścia do kościoła bardzo mnie wiążą z Ludwikiem, wiem że przeżywa Mszę Św. podobnie jak ja..... To jeszcze jeden aspekt który bardzo silnie na mnie oddziaływuje...



A w lesie .... nasza Mosia dostrzegła zająca , który wyszedł z lasu i oglądał się gdzie tu sobie pokicać.... Mośka wystartowała jak proca, zając jej nie widział i spokojnie sobie siedział, lecz kiedy dostrzegł pędzącego psa zawrócił i pognał z powrotem. Pies za nim.....obserwowalismy to widowisko siedząc spokojnie na pieńku w promieniach zachodzącego słońca.Widok normalnego życia ....zgodnego z naturą...Pies nie złapał zająca ..... przybiegł zziajany ale z mordą uśmiechniętą.Po chwili znów wskoczył w krzaki i wypłoszył młodego koziołka..... pogoniła go drugi raz jak wracaliśmy z powrotem do domu....Jestem zachwycona bliskością zwierząt powiedzmy "dzikich" które tutaj spotyka sie na każdym kroku... sarny pasą sie stadami na polu, dziki przebiegaja laskiem koło domu całym stadkiem....Nie znałam tego w życiu miastowym a teraz mam okazje się tym nacieszyć.Jestem wdzięczna Ludwikowi za te wszystkie moje nowe doznania, cieszę się tą "zapadłą wsią" jak dziecko, dostałam to czego pragnęłam przez te wszystkie lata, a przede wszystkim z tego że dostałam prawdziwą Miłość, Dostałam człowieka szlachetnego o pięknej duszy i wrażliwości, o nietuzinkowym spojrzeniu na przyrodę, kwiaty, motyle, pejzaże....Jego zdjęcia mnie zachwycaja swoim pięknem, detalami tak subtelnymi że tylko prawdziwy artysta potrafi je wydobyc z pospolitych kwiatów...

19 kwietnia 2011

BÓL



Dzisiejszy dzień choć zapowiadał się od rana ciepło i bezpiecznie przyniósł popołudniem nowe zawirowania . Nie tak łatwo żyć w pełnym poczuciu szczęścia, niestety życie niesie nowe problemy , które w większości przytłaczają te radosne chwile.Sprawiam człowiekowi którego kocham ból, i bardzo trudno jest mi z tym sobie poradzić. Nie mogę jeszcze pozbyć się problemów związanych z poprzednim zyciem, mam dziecko prawie pełnoletnie , mądre i dojrzałe ale były próbuje własnie nią rekompensowac sobie własne frustracje i miesza ją w swoje sprawy aby odegrać się na mnie.Przykro mi patrzeć jak Ludwik oddala się czasami ode mnie, zamyka we własnych myslach..... dałabym wszystko aby na jego twarzy zagościł szczery uśmiech i spokój serca. Niestety oboje mamy jakąś tam przeszłość i związane z tym problemy i nie tak łatwo jest przejśc nad tym do porządku dziennego.



Ludwik jest dłużej wolnym człowiekiem, ja niestety dopiero 8 dni od uprawomocnienia wyroku rozwodowego więc i emocje i niepoukładane moje sprawy sa bardziej widoczne i niekomfortowe. Wiem że to wszystko się spokojnie poukłada ale nie wiem czy dostanę na to czas i przyzwolenie Lutka. On pragnie spokoju, ciszy, ..... ja również..... ale pewne sprawy muszę niestety pozamykać. A to boli.... zarówno i jego jak i mnie.Rzecz w tym czy będziemy potrafili wznieść się ponad te złe emocje, oddzielić sprawy "nasze byłe " od naszych teraźniejszych... czy potrafimy ufać sobie i być dla siebie czułymi partnerami.

Nie wiem jakim uczuciem darzy mnie Ludwik, nigdy jeszcze nie powiedział kim dla niego jestem, co znaczę, choć ja odbieram, że jestem kimś bliskim , to jednak pewniej bym się poczuła gdyby choć jednym słowem określił mój status w swoim odczuciu.Wiem że jest człowiekim rozmownym, wesołym dowcipnym, ale jeżeli chodzi o sprawy sercowe ...wręcz zamkniętym w sobie. Nie wiem czy taki był od "zawsze" czy też życie zweryfikowało jego podejście do tego typu zachowań.Milczy nawet w najbardziej intymnych momentach , więc nieraz się zastanawiam czy zaspokajam go jako kobieta. Bo to że ja jestem spełniona nie ulega żadnej wątpliwości...



.Choc ostatnio usłyszałam, że czuje się jak w niebie...więc może to kwestia czasu aby się w jakiś sposób bardziej otworzył?Wiadomo ,że po tak krótkim "stażu" jakim jest nasza znajomośc trzeba się wzajemnie poznawać, obserwować, docierać.... jak w każdym normalnym związku.I rozmawiać, rozmawiać .... o wszystkim..... i o tym co cieszy i raduje , i o tym co boli i uwiera. A zwłaszcza to ostatnie jest bardzo ważne dla dalszych relacji, wszak każde z nas ma swoje nawyki, zachowania, czasami niezrozumiałe dla partnera.... więc rozmowa szczera jest bardzo potrzebna aby nie wyciągać mylnych wniosków. Bo to może doprowadzić do oddalenia się od siebie.Powinniśmy pielęgnowac swoje uczucia, mówić o nich , aby było wiadome co dla siebie znaczymy.



Kochaj, a zawsze będzie słońce. Kochaj, a zagoją się rany.

Zimą zakwitną kwiaty na łące i ptak będzie śpiewał co rano.

Kochaj, a skrzydła uniosą do nieba. Kochaj, a łzy będą radością

Do szczęścia tak niewiele potrzeba. Kochaj, a czas będzie wiecznością.


Pragnę aby czas podarowany nam przez los stał się tu na ziemi naszą wiecznościa i radością.


Ale czy będzie ?

18 kwietnia 2011

SZCZĘŚCIE


Co to jest szczęście ?

wczoraj rozmawialismy na ten temat z Ludwikiem.Każde z nas ma o nim inne pojęcie , i choć mozna pisać o szczęściu traktaty jak prof. Tatarkiewicz , to jednak dla każdego człowieka to słowo przedstawia inną wartość.

Czym jest szczęście? Przyjemnością pozbawioną wyrzutów sumienia.

oscar wilde...

i tak też można to interpretować, żyć w zgodzie z własną naturą, szanować siebie i drugiego Człowieka, kochać, nie czynic zła.....

Tak też się obecnie czuję, nie mam wyrzutów sumienia ,że komukolwiek uczyniłam krzywdę. Wyzwoliłam się z toksycznego związku, znalazłam / albo i zostałam znaleziona :)/ wspaniałego człowieka, który odpowiada mi pod każdym względem, mam nareszcie dom.... spokój, przyrodę na wyciągnięcie ręki.... czegóż więcej potrzeba ? Potrafię się zadowolić skromnym życiem , lecz w poszanowaniu o wartości ponadczasowe, które zostały ustalone wiele, wiele lat temu....Ważne są dla mnie kontakty na płaszczyźnie intelektualnej, to rozwija i pomaga w zrozumieniu wielu prawd, a takie mam teraz z Ludwikiem.To człowiek o bogatej osobowości , wielkim intelekcie, rozmowa z nim lub tylko słuchanie jego wypowiedzi jest dla mnie przyjemnością. Takiego człowieka szukałam całe życie, a teraz mam go na wyciągnięcie ręki.... Wspólne wieczorne rozmowy w łózku.... po raz pierwszy doświadczam tej wspaniałej bliskości duchowej, która później przeradza się w bliskość fizyczną. Połaczenie tych trzech pierwiastków: serca, duszy i ciała jest dopiero pełną spełnioną miłością.


Dotykasz nieśmiało

lecz pewnym ruchem mego ciała.

Pragnę tego bardziej od ciebie..

pieszczot-bym zapłonęła pożądaniem

oddechu-na swoich ramionach.

Gdy ma pierś do twojej przybliża się nieśmiało.

Pragnij mnie tak

jak ja pragnę tej chwili.



I ja tak to odbieram, radościa jest dla mnie spełnianie oczekiwań mojego przyjaciela jak również pełne oddanie siebie.Teraz wiem że mozna kochac i być kochanym bez żadnych zahamowań, kiedy dotyk jest cudowną pieszczotą, zapach ciała jest afrodyzjakiem... mozna się w tym rytmie miłości zatracić....A później odpoczywać w pełnej bliskości wilgotnych, pachnących seksem ciał..... i całować się, delikatnie pieszcząc ustami....i zasypiać we własnych objęciach.....we własnym WSPÓLNYM łóżku.....

To też jest szczęście.....


Jutro będzie kolejny dzień.... i ciąg dalszy opowieści

6 kwietnia 2011

CD..... opowieści z R.


Czas biegnie z prędkościa światła..... takie odnoszę wrażenie czytając naszą księgę portalową , wypadki potoczyły sie lawinowo... spotykalismy sie praktycznie co tydzień... aż doszlismy do momentu kiedy postawiliśmy na spotkanie dwudniowe.... chcieliśmy przeżyć wspólna noc....

No i nadszedł ten moment....wspólna kąpiel, później szampan, no i oczywiście cudowna , spełniona noc.... kochalismy się jak nienasyceni sobą kochankowie....

A rano .... kiedy otworzyłam oczy spełniło sie kolejne marzenie..... o zasypianiu i budzeniu sie przy boku kochającego mężczyzny...

L. był obok, uśmiechał się do mnie.... i to wystarczyło zupełnie do szczęścia.

Do domu nie chciało mi się wracać , choć nie wiedziałam , że czeka mnie tam awantura na 4 fajerki....

No własnie.... w domu po powrocie czekał na mnie na stole napisany pozew rozwodowy ... X stwierdził że od pół roku spotykam się z kimś z dzielnicy, nawet " wiedział w której bramie ten ktoś mieszka" sic!

podpisałam więc ten papierek leżący na stole ... i dopiero wtedy zaczęło się piekło...

X nie sądził że ja tak uczynie, sądził , że będę się tłumaczyć....

Ale z czego miałabym się tłumaczyć skoro to "wiadomości wyssane z palca"

Doszło do tak potężnej awantury że musiałam o 2 w nocy uciekać z domu przed rozjuszonym x....

zadzwoniłam do L. i ten mój kochany przyjaciel przyjechał po mnie i zabrał mnie do siebie....

właśnie w tę nieprzespaną noc postanowiliśmy że będziemy razem i jak to L.powiedział na poczekaniu.... ...jesteśmy od tego momentu po słowie....

Złożyłam pozew rozwodowy, i wszczęłam procedure wyzwalania sie z tej swojej domowej matni.

I jak widać w poprzednich postach.... doprowadziłam do rozwodu.

Teraz piszę sobie , L. jest w pracy, a ja czekam z utęsknieniem na niego....

w domu cieplutko, u moich nóg lezy Mosia, rudzielec kochany, muzyka sączy się z salonu.... czego więcej potrzeba do szczęścia ?

Ludwiku....

Czy zawsze tak...?


Czy zawsze będzie tak, jak dziś

Twój pocałunek budził rankiem

,I cichy szept spragnionych ust,

Kiedy w ramionach czułych zamkniesz.

Już nie popłyną nigdy łzy,

Scałujesz każdą kroplę słoną,

A kiedy spojrzysz w oczy znów,

Zrozumiesz, ze dla ciebie płoną.

Serce nie może znieść już drżeń,

Chce być bliziutko kiedy marzysz,

By zapamiętać każdą z chwil

Jak uśmiech, który masz na twarzy ,

Zatrzymam każdy z tobą sen

I czuć nie będę się samotna,

Bo wiem, ze teraz zawsze już,

Gdy spojrzę w niebo gwiazdę spotkam.



ROZMOWY WIRTUALNE

Ludwik — piątek, 11 luty 2011 08:36 Dzień dobry - Witam ciebie Wandeczko radośnie i słonecznie w deszczowy poranek zimowy.Przesyłam wirtualny promyczek . Trzymaj się cieplutko a gdyby z tym były problemy to melduj - we mnie tli się jeszcze iskierka dawnego żaru, myślę że przy tej iskierce moglibyśmy co nieco rozgrzać się lub wzniecić ognisko który rozjaśniłoby ciemności nas otaczające. Pozdrawiam - Ludwik. PS. Pamiętaj o tej iskierce którą należy rozniecić bo czasu mało i bidula dogasa.L Wanda — piątek, 11 luty 2011 08:59 Promyczku.... jak więc rozniecić te iskierkę ..... masz na to pomysł? ty pewnie jestes zapracowany, nie wiem czym się zajmujesz i jakim czasem dysponujesz.... Wanda — piątek, 11 luty 2011 09:01 a z chęcią posłuchałabym Twoich opowieści z życia i ze świata, masz piękne fotki , oglądałam i myslę że miałbys dużo do opowiadania.... więc ?:) Ludwik — piątek, 11 luty 2011 10:09 Moja iskierko (narazie wirtualna) mam wiele do powiedzenia tylko brakuje słuchacza "słyszącego" i słuchającego. Zresztą zawsze mi brakowało. Pytasz ja rozniecić tę iskierkę? hm . A jeśli powstanie z tego ognisko nie do opanowania , inaczej rzecz ujmując POŻAR to co?. Chciałabyś w tym płonąć? A może to ostatnia szansa na spłonięcie. Może warto?.Pozdr. L. Wanda — piątek, 11 luty 2011 11:09 Ludwiku jesteśmy dorosłymi ludźmi, z wartościami " :), a mnie brakuje właśnie tego ciepła , może nie z ogniska ale od drugiego człowieka.... pożar wybucha szybko ale i szybko sie go gasi.... ja wolę rozniecać ognisko powoli, grzejąc się przy jego płomieniach coraz bardziej i podsycać ten ogień aby nigdy nie zgasł....Dziewicą Orleańską nie jestem ;-) i nie chciałabym spłonąć za ideę.... Szukam miejsca dla siebie ... i jak napisałeś ...tej ostatniej szansy.... Skoro Los skrzyżował nasze drogi to pewnie miał w tym jakis zamierzony cel. Nic nie dzieje sie przypadkiem, tylko my czasami nie potrafimy tego zauważać...wiecej napiszę w poczcie... :-)

2 kwietnia 2011


Nie jest tak łatwo wyplątać się z matni.... sprawy materialne i zyciowe potrafią skutecznie przeszkadzać w osiągnięciu pełnego szczęścia. Ale nikt nie powiedział że człowiek musi być cały czas szczęśliwy....ja jestem.... ale do pełni szczęścia potrzeba spokoju ducha a tego jeszcze nie mam. Czeka mnie zakończenie spraw domowych.

Ale teraz jestem na swojej "zapadłej wsi" z kochającym człowiekiem przy boku i nie potrzeba mi nic więcej. Na dworze wiosna, kwitną już w ogrodzie fiołki, śnieżyczki, forsycja cieszy oko swoim złotym kolorem. Pąki na magnolii lada dzień się rozwiną, tak więc i moje sprawy w końcu się ułożą jak najlepiej.

I mam nadzieję, że zacznę spisywać naszą niesamowita historię....


A zaczęło sie niewinnie ....jak w poprzednich postach.... ciekawe rozmowy , łapane w lot słowa... po tygodniu pisania postanowiliśmy się spotkać.... chcieliśmy wiedzieć czy rzeczywiście jest tak pieknie jak nam się pisało. Jechałam na to spotkanie z ciekawością.... na parkingu czekał na mnie L... wysiadł z samochodu...skromny uśmiechnięty facet... przywitanie, buźka - buźka.... wsiadłam.... i pytanie L....... no to co robimy? gdzie jedziemy ?

I moja natychmiastowa odpowiedź.... jak to gdzie ? do ciebie...

hmmm nawet się wtedy nie zastanawiałam nad tym co mówię, było to dla mnie tak oczywiste.. No i pojechaliśmy.... rozmowa w drodze przesympatyczna, zerkałam na L. i wiedziałam, że spełniają się moje sny...

Na włościach na "zapadłej wsi" jak to podkreslił L. przywitały mnie dwa psiaki, kot...i piękny dom w ogrodzie. Czułam się tu od pierwszych chwil tak jakbym mieszkała tu od lat, dom przepełniony pozytywną energią tylko trochę zaniedbany jak to na męskim gospodarstwie. Ale i tak podziwiałam L. za to że tak świetnie sobie sam ze wszystkim radzi....

no i jak zapytał? nie przeraża cię to wszystko?

nie... odpowiedziałam.... i myśl, że właśnie tutaj chciałabym z nim zamieszkać.... bo ja już to wiedziałam...

a później ?

nie wiem, ale było to dla mnie oczywiste,.... kiedy mnie przytulił , pocałował , pragnęłam aby mnie kochał.... abyśmy poznali swoje ciała....

I było pięknie.... po raz pierwszy czułam że moje ciało się otwiera, nie ma blokady.... wyszłam maksymalnie naprzeciw ...jak na pierwszy raz.... i wcale nie było mi wstyd że na pierwszym spotkaniu znaleźliśmy sie w łożku.... pragnęłam tego...

dostałam coś fantastycznego, oprócz wrażeń fizycznych poczułam że jestem normalną kobietą, która nie wstydzi sie swoich reakcji..dostałam poczucie własnej wartośći.

I za to powinnam L. podziękować.... właśnie za tę normalność - którą z nim przeżyłam....dla mnie to było dużo więcej niż sam akt miłosny.....

To było SPEŁNIENIE.....

No a później powrót do domu.... i niesamowita tęsknota.....za tym co było i za tym co będzie.... ale o tym następnym razem.....